Historia opisana w książce Michała Jędryki „Ołowiane dzieci” nie jest wyłącznie reportażem o skażeniu środowiska. To opowieść o stosunku ówczesnej władzy do Ślązaków i Niemców. O tym, jak państwo ustawia hierarchię wartości, w której produkcja, normy i statystyki są ważniejsze niż ludzie postrzegani jako mniej wartościowi.
Na przełomie lat 70. dzieci z katowickich Szopienic znikały z klas. Trafiały do sanatoriów, wywożone w tajemnicy, z dala od ołowianego pyłu emitowanego przez Hutę Metali Nieżelaznych. O ich zdrowie walczyła pediatra Jolanta Wadowska-Król. Państwo milczało.
To były autochtoniczne dzieci. Potomkowie dawnych obywateli państwa pruskiego. Po 1945 roku Górny Śląsk stał się ponownie polski, lecz jego rdzenni mieszkańcy musieli udowadniać swoją narodową orientację. Przez dekady funkcjonowali jako społeczność drugiej kategorii.
Taka konstelacja sprzyja instrumentalizacji. W systemie totalitarnym nie trzeba nikogo fizycznie eliminować, by uznać jego życie za mniej warte ochrony. Wystarczy uznać je za koszt uboczny realizacji planu.
Region traktowano jako strategiczne zaplecze surowcowe. Jeśli ołów uszkadzał układ nerwowy najmłodszych, to nie był to problem, którym trzeba było się specjalnie przejmować. Produkcja ołowiu była ważniejsza.
Michał Jędryka, sam jeden z „ołowików”, napisał do Spectrum.Direct: „Nikt się nie upomniał o tych ludzi. Mój fabularyzowany reportaż jest próbą przywrócenia pamięci i godności ołowianym dzieciom.” Nikt się nie upomniał, bo cierpienie dotyczyło autochtonicznej dzielnicy. Śląskość – podobnie jak niemiecka przeszłość regionu – należało minimalizować. Awans społeczny oznaczał często utratę akcentu, porzucenie gwary, dopasowanie się do wzorca dominującej większości.
Większość autochtonów nie chciała jednak wyrzekać się swojej śląskiej i niemieckiej tożsamości. „Ołowiane dzieci” nie są wyłącznie opowieścią o ekologii. Są symbolicznym przykładem powojennego układu społecznego: jedna grupa miała instytucje i władzę, druga musiała się dostosowywać.
Dlatego ta historia nie jest tylko historią o ołowiu. Jest historią o relacji większości i autochtonicznej wspólnoty. O podziale, który przez dekady był realny i odczuwalny.
Państwo, które uznaje cierpienie części swoich obywateli za dopuszczalny koszt produkcji, nie może się dziwić, że w tej społeczności utrwaliło się poczucie odrębności – i dystans wobec państwowej identyfikacji.
Wieloaspektowa dyskryminacja stała się doświadczeniem pokoleniowym. „Ołowiane dzieci” są jego drastycznym symbolem. Pars pro toto powojennego układu, w którym autochtoni traktowani byli przedmiotowo.
Dzisiejsze żądania uznania odrębności nie biorą się z politycznej kalkulacji. Wyrastają z pamięci. Między innymi z doświadczenia, w którym śląskie dzieci nie były dla państwa priorytetem. A pamięć – nawet jeśli przez lata spychana – wraca.
This is some text inside of a div block.