Gorsze dzieci

Truciciel z Szopienic władzom nie przeszkadzał

W systemach autorytarnych państwo nie musi nikogo fizycznie eliminować, by uznać czyjeś życie za mniej warte. Wystarczy, że potraktuje je jako koszt uboczny realizacji wyższych celów. Książka „Ołowiane dzieci” Michała Jędryki pomaga zrozumieć, dlaczego autochtoni domagają się dziś odrębności.

ołowiane dzieci, huta szopienice, netflix

Historia opisana w książce Michała Jędryki „Ołowiane dzieci” nie jest wyłącznie reportażem o skażeniu środowiska. To opowieść o stosunku ówczesnej władzy do Ślązaków i Niemców. O tym, jak państwo ustawia hierarchię wartości, w której produkcja, normy i statystyki są ważniejsze niż ludzie postrzegani jako mniej wartościowi.

Na przełomie lat 70. dzieci z katowickich Szopienic znikały z klas. Trafiały do sanatoriów, wywożone w tajemnicy, z dala od ołowianego pyłu emitowanego przez Hutę Metali Nieżelaznych. O ich zdrowie walczyła pediatra Jolanta Wadowska-Król. Państwo milczało.

To były autochtoniczne dzieci. Potomkowie dawnych obywateli państwa pruskiego. Po 1945 roku Górny Śląsk stał się ponownie polski, lecz jego rdzenni mieszkańcy musieli udowadniać swoją narodową orientację. Przez dekady funkcjonowali jako społeczność drugiej kategorii.

Taka konstelacja sprzyja instrumentalizacji. W systemie totalitarnym nie trzeba nikogo fizycznie eliminować, by uznać jego życie za mniej warte ochrony. Wystarczy uznać je za koszt uboczny realizacji planu.

Region traktowano jako strategiczne zaplecze surowcowe. Jeśli ołów uszkadzał układ nerwowy najmłodszych, to nie był to problem, którym trzeba było się specjalnie przejmować.   Produkcja ołowiu była ważniejsza. 

Michał Jędryka, sam jeden z „ołowików”, napisał do Spectrum.Direct: „Nikt się nie upomniał o tych ludzi. Mój fabularyzowany reportaż jest próbą przywrócenia pamięci i godności ołowianym dzieciom.”  Nikt się nie upomniał, bo cierpienie dotyczyło autochtonicznej dzielnicy. Śląskość – podobnie jak niemiecka przeszłość regionu – należało minimalizować. Awans społeczny oznaczał często utratę akcentu, porzucenie gwary, dopasowanie się do wzorca dominującej większości.

Większość autochtonów nie chciała jednak wyrzekać się swojej śląskiej i niemieckiej tożsamości. „Ołowiane dzieci” nie są wyłącznie opowieścią o ekologii. Są symbolicznym przykładem powojennego układu społecznego: jedna grupa miała instytucje i władzę, druga musiała się dostosowywać.

Dlatego ta historia nie jest tylko historią o ołowiu. Jest historią o relacji większości i autochtonicznej wspólnoty. O podziale, który przez dekady był realny i odczuwalny.

Państwo, które uznaje cierpienie części swoich obywateli za dopuszczalny koszt produkcji, nie może się dziwić, że w tej społeczności utrwaliło się poczucie odrębności – i dystans wobec państwowej identyfikacji.

Wieloaspektowa dyskryminacja stała się doświadczeniem pokoleniowym. „Ołowiane dzieci” są jego drastycznym symbolem. Pars pro toto powojennego układu, w którym autochtoni traktowani byli przedmiotowo.

Dzisiejsze żądania uznania odrębności nie biorą się z politycznej kalkulacji. Wyrastają z pamięci. Między innymi z doświadczenia, w którym śląskie dzieci nie były dla państwa priorytetem. A pamięć – nawet jeśli przez lata spychana – wraca.

This is some text inside of a div block.
Autor:
Peter Karger

Więcej artykułów

osterreiten bieńkowice benkowitz
Zwyczaje
Tożsamość

Tradycja przyszła z Andechs

Tradycja wielkanocnych procesji konnych dotarła na Śląsk wraz z kolonizacją zainspirowaną w XII wieku przez św. Jadwigę Śląską z Andechs. Ten bawarski zwyczaj błagalnych objazdów pól przetrwał stulecia. W Bieńkowicach pod Raciborzem do dziś w ten sposób wita się wiosnę – serio, z modlitwą. Konne procesje traktowane są poważnie i pełnią ważną integrująca funkcje.

Czytaj dalej
śląscy samorządowscy, łukasz jastrzembski
Polityka
Ludzie

Pragmatyzm czy dwuznaczność

Przedstawiciele Śląskiego Stowarzyszenia Samorządowego chcą stworzyć własny komitet w wyborach do Sejmu. Projekt ma występować jako inicjatywa regionalna, szerzej otwarta na środowiska autochtoniczne, ale do parlamentu chciałby wejść dzięki formule przewidzianej dla mniejszości narodowej. To stawia pytanie o polityczną tożsamość tego przedsięwzięcia.

Czytaj dalej
Łambinowice Lamsdorf
No items found.

Jak utrącić sprawiedliwych

W małej wiosce Wierzbie koło Łambinowic potomkowie repatriantów proszą o upamiętnieni szczątków pilotów Luftwaffe jako części lokalnej historii. Sugestia ta świadczy o ich europejskiej dojrzałości, tolerancji i otwartości na złożoną przeszłość regionu. Inicjatywa ta przerosła jednak elity instytucjonalne Opola, które w imię politycznej poprawności postanowiły przypuszczalnie ją wyciszyć.

Czytaj dalej