23.12.2023

Akt samobójczy czy obojętność?

Widocznie autochtoni niemieckiego nie potrzebują

Najbardziej zdumiewającą i niezwykłą prawda, jaką przyniosły ostatnie wybory parlamentarne jest fakt, że górnośląscy autochtoni dość powszechnie głosowali na PiS. Również w tych miejscowościach, które wydawałoby się, są zdominowane przez mniejszość niemiecką. Jest to wstrząs, który podważa fundamentalne wyobrażenia o mniejszości niemieckiej.

Dzieci w szkolnych ławkach
Arthur Krijgsman / Pexels

Nie ulega kwestii, że poprzednie władze państwa polskiego posunęły się do kroku we współczesnej, cywilizowanej Europie niedopuszczalnego, może wręcz karygodnego.

Bez żadnego specjalnego uzasadnienia zarządziły ograniczenie nauki języka tylko jednej mniejszości narodowej, jaką jest społeczność niemiecka. Był to akt oczywistej dyskryminacji, ponieważ żadna inna mniejszość narodowa w Polsce tym rozporządzeniem nie została dotknięta. Krok ten wymierzony był nie tylko w interesy dzieci, ale miał również potężne konsekwencje dla środowiska nauczycieli niemieckiego, którzy zostali w ten sposób bez pracy. Sprawa odbiła się głośnym echem nie tylko w Berlinie, ale również w Brukseli. Wszystko to przypominało niedobre tradycje dyskryminacji mniejszości niemieckiej w województwie śląskim w okresie międzywojennym pod rządami Grażyńskiego. 

Wydawałoby się, że taka polityka ze strony PiS stanowić będzie dla elektoratu mniejszości niemieckiej absolutny casus belli. Że wywoła bezprecedensową mobilizację autochtonicznego elektoratu. Dla każdego obserwatora sceny politycznej oczywiste było, że znakomicie wykorzysta to komitet wyborczy mniejszości niemieckiej. I rzeczywiście, niechęć do Niemców i antyunijne hasła PiS były sztandarowymi argumentami wyborczymi komitetu “Mniejszość Niemiecka”. Oczekiwać można było, że w takiej sytuacji mniejszość niemiecka odniesie w wyborach spektakularny sukces. 

Nie byłoby w tym nic zaskakującego, bo podobna sytuacja miała już raz miejsce w okresie międzywojennym. Kiedy Michał Grażyński został wojewodą w 1926 roku, natychmiast rozpoczął politykę dyskryminacji mniejszości niemieckiej. Jego sztandarowe działania koncentrowały się, podobnie jak i współcześnie, na tworzeniu systemowych ograniczeń dla rozwoju szkolnictwa mniejszości niemieckiej w ówczesnym województwie śląskim. 

Na wyniki tej polityki nie trzeba było czekać. W najbliższych wyborach do Sejmu Śląskiego w 1929 roku porozumienie partii niemieckich Deutsche Wohlgemeinschaft zyskała tak potężne demokratyczne poparcie, że stała się ono najsilniejszą frakcją w regionalnym parlamencie. Gdyby nie intrygi Grażyńskiego, to niewiele brakowało, a Deutsche Wohlgemeinschaft zdobyłaby w Sejmie Śląskim absolutną większość. Siła niemieckiej frakcji w Sejmie Śląskim stała się tak dominująca, że Grażyński stracił nad tą instytucją panowanie. Ratować go musiał ówczesny prezydent Polski, który na długi czas zdecydował się ten regionalny parlament rozwiązać.

Każdy przytomny obserwator sceny politycznej miał prawo oczekiwać podobnego efektu w wyborach parlamentarnych w 2023 roku. Ale stało się dokładnie odwrotnie. Nie tylko nie udało się w jakiś szczególny sposób zmobilizować elektoratu mniejszości. Gorzej, znaczna część środowiska mniejszości głosowała na swoich teoretycznych ciemiężycieli, czyli na PiS. 

Można oczywiście potrząsać głową nad zdrajcami i zaprzańcami. Można oczywiście nadal nawoływać do wykluczenia czarnych owiec z własnego środowiska. Niewiele to jednak pomoże, ponieważ kolejne wybory przypuszczalnie pokażą, że to demokratyczne poparcie dalej spada. 

Poparcie w ostatnich wyborach parlamentarnych znacznej części autochtonicznego elektoratu dla PiS jest fenomen burzącym wiele aksjomatów. Wyobrażeń, które dotąd wydawały się nienaruszalne i fundamentalne. 

Najważniejszym wnioskiem płynącym z tego fenomenu jest przypuszczenie, że sprawa znajomości języka niemieckiego i jego nauczania dla autochtonicznego środowiska jest drugorzędna. Autochtonom nie zależy już dziś specjalnie na tym, by ich dzieci uczyły się niemieckiego. Być może również dlatego, że atrakcyjność pracy w Niemczech spadła, bo na Śląsku też można dobrze zarobić.

I może przede wszystkim brakuje im wewnętrznej, ideologicznej motywacji do nauki niemieckiego, jako swojego języka ojczystego. No właśnie, czy aby ojczystego?

Ten brak motywacji do nauki niemieckiego wydaje się dość powszechny. Należy tu zwrócić uwagę, że nawet niektórzy kluczowi liderzy mniejszości niemieckiej w trakcie 34-letniego istnienia zorganizowanej mniejszości niemieckiej nie nauczyli się mówić po niemiecku. Nie jest to błaha sprawa.

Znajomość niemieckiego jest kluczem do poznania kultury współczesnej Republiki Federalnej. Bez znajomości tego języka, Niemcy pozostają dla autochtonów jak za szklaną, matowa szybą. Jeżeli nawet liderom na tych kompetencjach językowych nie zależy, nie zależy, to czego spodziewać się po szeregowych członkach. 

Ten brak zainteresowania dla Republiki Federalnej wydaje się być kolejnym wnioskiem płynącym z wyborów. Autochtonom nie przeszkadzała widać antyniemiecka retoryka PiS. Potraktowali to jako sprawę, która ich w ogóle nie dotyczy. 

Trudno oprzeć się więc podejrzeniu, że zainteresowanie dla kultury niemieckiej ma w tym środowisku charakter fasadowy i praktycznie nie istnieje.

Podobnie jest z językiem. Każdy kto tu mieszka wie doskonale, że autochtoni na co dzień posługują się językiem śląskim. Poza absolutnymi wyjątkami, w prawie żadnej rodzinie autochtonicznej nikt nie posługuje się językiem niemieckim na co dzień. Wystarczy pójść na zebrania kół DFK i posłuchać w jakim języku się tam rozmawia. Język śląski odgrywa jednocześnie dla tej społeczności ważną rolę jak rodzaj socjologicznej granicy, która odcina je od środowisk napływowych.

To przywiązanie do języka śląskiego nie jest niczym nowym ani dziwnym. To w czasach plebiscytu niemiecki komisariat plebiscytowy z fundament swojej strategii uznał przekonanie, że język nie jest najważniejszym paradygmatem poczucia narodowego. Jego lider, Hans Lukaschek wyciągnął z tego przekonania też wnioski i kazał drukować plebiscytowe gazety w języku polskim. Wynikało to z przekonania, że tylko w ten sposób może dotrzeć do ważnej części autochtonicznego elektoratu. Tego elektoratu, który Hans Lukaschek uważał za swój i na który liczył. Autochtonicznego elektoratu, który w zdecydowanej większości opowiedział się za pozostawieniem całego Górnego Śląska przy Prusach.

Choćby w tym kontekście byłoby więc absurdem podważać pruskie korzenie i pruskie tęsknoty społeczności autochtonicznej powszechnie przecież posługującej się językiem śląskim. 

Pierwszy więc praktyczny wniosek, jaki się z wyborczych doświadczeń nasuwa, to odrzucenie nieprawdziwej tezy, że język niemiecki jest językiem mniejszości niemieckiej. Bo nie jest. 

Nie można języka niemieckiego demonizować i dzielić społeczność autochtoniczną na tą lepszą, która mówi po niemiecku i tą gorszą, która się tym językiem nie posługuje. To jest akurat niegodne.

Niezależnie od tego, że jest to głupie, bo zraża do siebie znaczną część autochtonicznego elektoratu.

Nie podważa to oczywiście postulatu, że niemieckiego należy uczyć wszędzie, gdzie się tylko da i jak najwięcej. Że należy koniecznie przywrócić w szkołach te odebrane autochtonicznym dzieciom lekcje niemieckiego. Ale to są dwie całkowicie różne sprawy. Niemiecki jest on bramą do współczesnej Europy i do historii Prus. Dla wielu autochtonów stanie się on podstawą ich życia zawodowego, co też jest ważne i cenne.

Postulat drugi. Współczesna rzeczywistość kulturalna i polityczna Republiki Federalnej jest dla większości przedstawicieli społeczności autochtonicznej nieinteresująca i nieważna. 

To, co dla tych ludzi wydaje się kluczowe, to odwołania do własnej, regionalnej, pruskiej historii. Wydaje się, że autochtonów interesuje przede wszystkim to, co robili, jak żyli, jak wyglądali, gdzie mieszkali ich przodkowie w XIX wieku. 

Dlatego organizacja mniejszości powinna się skoncentrować na pielęgnacji zabytków, małych i dużych. Powinna zacząć przywiązać szczególną wagę do opieki nad starymi cmentarzami. Powinna się skoncentrować na organizacji wystaw poświęconych historii regionu, ale także wspierać nowoczesne, własne życie kulturalne z wyraźnymi niemieckimi elementami. Ale powinny to być produkcje autochtonicznych twórców, a nie importowane projekty.

Organizacja powinna dążyć do kreowania dużych, ambitnych projektów kulturalnych, których podmiotami byli przedstawiciele środowiska autochtonicznych. Tworzenia projektów, z którymi przedstawiciele środowiska autochtonicznego mogli zacząć się identyfikować jako swoimi.

Kluczowe w tych projektach powinno być, żeby ich twórcami byli „nasi ludzie”, a nie, że koniecznie muszą być po niemiecku. To był przypuszczalnie największy błąd polityki kulturalnej mniejszości niemieckiej. Bo to prowadzi do wyobrażenia, importowanie wykonawców z republiki Federalnej cokolwiek załatwia. Nie załatwia i prowadzi do marnotrawstwa środków, które są pilnie potrzebne do kreowania własnego życia kulturalnego.

Niech te wybory staną się w końcu inspiracją do zupełnie nowego myślenia o środowisku mniejszości niemieckiej i głębokiej zmiany polityki kulturalnej VdG.

This is some text inside of a div block.
Autor:

Więcej artykułów

Christoph Eschenbach dyrygent filharmonia
Mniejszość

Witamy w domu!

Od września tego roku nowym dyrektorem artystycznym Filharmonii Wrocławskiej zostanie Niemiec, Christoph Eschenbach - dyrygent i pianista, znany na całym świecie. Podczas swojej wieloletniej kariery dyrygował orkiestrami m. in. w USA, w Japonii, Zurychu i Paryżu. Eschenbach urodził w 1940 roku w ówczesnym Breslau.

Czytaj dalej
Paweł Newerla historyk Raciborza
Ślązacy

Demiurg regionalnej tożsamości

Charyzmatyczny Paweł Newerla był nam przyjacielem, doradcą, źródłem wiedzy. Na jego książkach, w których opisywał różne aspekty historii jego rodzinnej ziemi wychowały się całe pokolenia raciborzan. Są one pełne miłości i oddania dla jego rodzinnego Heimatu, ale przekonują przede wszystkim rozległą historyczną wiedzą.

Czytaj dalej
Fontanna Neptuna we Wrocławiu
Ślązacy
Polonia

Neptun wraca do Wrocławia

Plac Nowy Targ odgrywał w życiu Wrocławia kiedyś podobną rolę, jaką dziś pełni rynek. Tak jak dziś ratusz, tak wówczas Fontana Neptuna stanowiła najważniejszy punkt miasta. Plac był miejscem handlu i życia towarzyskiego. Zaginiony Neptun odnaleziony został 60 kilometrów od Wrocławia. Film Igi Błaszczyk opowiada o jego odysei.

Czytaj dalej