Tradycja przyszła z Andechs

Wielkanocna procesja z Bieńkowic

Tradycja wielkanocnych procesji konnych dotarła na Śląsk wraz z kolonizacją zainspirowaną w XII wieku przez św. Jadwigę Śląską z Andechs. Ten bawarski zwyczaj błagalnych objazdów pól przetrwał stulecia. W Bieńkowicach pod Raciborzem do dziś w ten sposób wita się wiosnę – serio, z modlitwą. Konne procesje traktowane są poważnie i pełnią ważną integrująca funkcje.

osterreiten bieńkowice benkowitz
Fot. Natalia Klimaschka

W Bieńkowicach procesje konne Osterreiten nie są folklorystyczną dekoracją ani inscenizacją dla turystów. To procesja religijna, zakorzeniona w dawnym porządku wiejskiego życia, w którym praca na roli, rytm natury i wiara stanowiły jedność. Jeźdźcy objeżdżają pola, prosząc Zmartwychwstałego Chrystusa o dobre plony, o pogodę, o ochronę przed nieszczęściami i o błogosławieństwo dla gospodarzy. Zatrzymują się przy krzyżach i kaplicy św. Urbana, a modlitwa wciąż pozostaje tu czymś realnym, nie tylko symbolicznym.

Procesja rozpoczyna się przy barokowym kościele pw. Wszystkich Świętych w Bieńkowicach. Otwierają ją trzej jeźdźcy. Jeden niesie figurę Zmartwychwstałego Chrystusa, drugi krzyż przewiązany czerwoną wstęgą. Za nimi podąża ksiądz i pozostali gospodarze. Modlitwa, śpiew i uporządkowany szyk nadają całemu wydarzeniu powagę. Trasa prowadzi przez pola w stronę Raciborza i z powrotem do wsi. W tym roku w wydarzeniu uczestniczyło ponad sto koni, ale nawet ta imponująca liczba nie zmienia charakteru procesji: jej sens pozostaje religijny, a nie widowiskowy.

To właśnie ten religijny wymiar decyduje o wyjątkowości procesji. Jeźdźcy modlą się po niemiecku, a niemieckie pieśni religijne nadal rozbrzmiewają nad polami. Śpiew odbywa się wprawdzie także w obu językach, ale niemiecki rdzeń tradycji pozostaje wyraźny i świadomie podtrzymywany.

To przywiązanie do tradycji najlepiej widać w osobistych historiach. Filip Pawlar, rodowity Bieńkowiczanin i bratanek słynnego ks. Franza Pawlara, choć od czterech dekad mieszka w Monachium, co roku wraca na wielkanocną procesję. Brał w niej udział pięćdziesiąt razy. Po raz pierwszy jako dziewięciolatek. Dziś zdrowie nie pozwala mu już dosiąść konia, ale nadal bierze udział w wydarzeniu i, jak mówi, wspiera śpiewaków. W jego przypadku Osterreiten jest czymś więcej niż wspomnieniem dzieciństwa – to przekazywana dalej więź z miejscem, językiem i tradycją.

Podobnie jest z Konradem Hanczuchem, który bierze udział w procesji od dwunastego roku życia. W jego rodzinie tradycja ta obecna jest od pokoleń, a jego ojciec, Blasius Handschuh, należał do grona założycieli mniejszości niemieckiej po 1989 roku. Dziś Konrad jedzie w procesji razem z żoną i córką i przyznaje, że trudno byłoby mu wyobrazić sobie Wielkanoc bez tego wydarzenia. Także dla Michaeli Karpisz wszystko zaczęło się w dzieciństwie. Dziś ma za sobą udział w 23 procesjach i nie wyobraża sobie życia bez tego dnia, a przede wszystkim bez koni. To właśnie Osterreiten ukształtowało jej pasję — po pracy zajmuje się hodowlą i bierze udział w zawodach jeździeckich. Sama przyznaje, że bez tej tradycji jej droga mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.

W tych historiach powraca jedna postać: Gerard Stoszek, dla uczestników procesji niemal żywa legenda. To on przed laty zaraził małą Michaelę miłością do koni i nauczył ją jeździć. Przez lata należał do tych, którzy nie pozwalali, by rytuał został przerwany. Nawet w czasie pandemicznych ograniczeń zrobił wszystko, by objazd się odbył. By pozostawać niezauważonym zdecydował się wyjechać o 5 rano z Konradem Hanczuchem w ledwie dwuosobowej procesji. Wszystko, jak co roku, zostało skrupulatnie zanotowane w kronice parafialnej.

W domu Gerarda codzienność i świat koni przenikają się zresztą w sposób niemal symboliczny — koń zagląda do kuchni przez specjalną wnękę, a całe gospodarstwo podporządkowane jest rytmowi pracy, pór roku i troski o zwierzęta. W tej opowieści nie ma nic efektownego na pokaz. Jest za to śląska trwałość, prostota i wierność temu, co odziedziczone.

Po zakończeniu procesji przychodzi czas na wyścigi konne i spotkania mieszkańców w prywatnych domach. Nie odbiera to temu dniu religijnej powagi, lecz dopełnia jego sens. Osterreiten w Bieńkowicach jest bowiem nie tylko objazdem pól, ale także wyrazem trwałości wspólnoty, pamięci i tradycji, które wciąż traktowane są tu z pełną powagą.

This is some text inside of a div block.
Autor:
natalia klimaschka

Więcej artykułów

śląscy samorządowscy, łukasz jastrzembski
Polityka
Ludzie

Pragmatyzm czy dwuznaczność

Przedstawiciele Śląskiego Stowarzyszenia Samorządowego chcą stworzyć własny komitet w wyborach do Sejmu. Projekt ma występować jako inicjatywa regionalna, szerzej otwarta na środowiska autochtoniczne, ale do parlamentu chciałby wejść dzięki formule przewidzianej dla mniejszości narodowej. To stawia pytanie o polityczną tożsamość tego przedsięwzięcia.

Czytaj dalej
Łambinowice Lamsdorf
No items found.

Jak utrącić sprawiedliwych

W małej wiosce Wierzbie koło Łambinowic potomkowie repatriantów proszą o upamiętnieni szczątków pilotów Luftwaffe jako części lokalnej historii. Sugestia ta świadczy o ich europejskiej dojrzałości, tolerancji i otwartości na złożoną przeszłość regionu. Inicjatywa ta przerosła jednak elity instytucjonalne Opola, które w imię politycznej poprawności postanowiły przypuszczalnie ją wyciszyć.

Czytaj dalej
franciszkanin, góra św. anny, klasztor, annaberg
Historia
Ludzie

Sanktuarium tożsamości

Każdy, kto jedzie przez Porębę albo z Leśnicy do miejscowości Góra św. Anny, widzi trwające od lat prace renowacyjne przy annogórskiej kalwarii. Realizowane są one w większości ze środków prywatnych darczyńców. To nie jest zwykły remont zabytków. To znak, że w regionie budzi się i umacnia kolektywne poczucie odpowiedzialności za miejsce, które od pokoleń porządkuje autochtoniczną tożsamość.

Czytaj dalej