17.5.2026
No items found.

Kraj, który przestał być obietnicą

Refleksje Ślązaka po spotkaniu z rodziną w Niemczech

Karol Heliosz po latach odwiedził kuzynostwo w Badenii-Wirtembergii. Kiedyś zazdrościł im życia w niemieckim „raju”. Dziś zobaczył kraj zmęczony kryzysem, a w rodzinnych rozmowach usłyszał żal, rozczarowanie i strach przed rosnącą siłą AfD.

Stuttgart Schloss
Fot. Julian Herzog
Wspomnienia z dzieciństwa

Ostatni raz byłem w Niemczech jako pięcioletnie dziecko. Pamiętam niewiele: szerokie drogi, kolorowe sklepy, jakieś urywki obrazów, które bardziej przypominają sen niż prawdziwe wspomnienie. Wszystko inne dopowiedziały mi później rodzinne opowieści.

Przez lata słyszałem przy stole, że „tam wszystko działa”, że „tam jest inaczej”, że Niemcy to kraj porządku, dyscypliny i zasad, których nikt nie ośmiela się łamać. Chłonąłem te zdania i budowałem sobie w głowie obraz świata lepszego, spokojniejszego i bardziej uporządkowanego niż ten, który znałem na co dzień. Niemcy uchodziły w mojej rodzinie jako kraj niemal idealny: czysty, dostani, zorganizowany, przewidywalny.

Kiedy po latach pojechałem do Badenii-Wirtembergii, miałem w sobie właśnie to wyobrażenie. Spodziewałem się kraju, który będzie działał jak szwajcarski zegarek. Wyobrażałem sobie Niemców jako ludzi zdyscyplinowanych, kulturalnych i życzliwych. Myślałem też, że jako Ślązak spotkam się tam ze szczególną otwartością.

Wcześniej podróżowałem po południu Europy. Włochy, Hiszpania, Morze Śródziemne. Tam chaos był codziennością, ale miał w sobie coś naturalnego. Nie przeszkadzał, raczej tworzył atmosferę. Gwarne ulice, rozmowy prowadzone na każdym kroku, śmiech, gestykulacja, tłum. Byłem więc przekonany, że Niemcy będą zupełnym przeciwieństwem: spokojniejsze, bardziej uporządkowane, może nawet surowsze.

Obraz, który się rozpadł

Pierwszym moim zaskoczeniem były stosunkowo puste ulice. Nie było południowego gwaru, który znałem z wcześniejszych podróży. Ludzie poruszali się szybciej, rzadziej rozmawiali, każdy zdawał się mieć swój cel. Panował spokój, ale nie był to spokój ciepły i przyjazny. Raczej chłodny, zdystansowany.

Z czasem zacząłem jednak zauważać, że coś nie pasuje do obrazu Niemiec, który miałem w głowie. Infrastruktura w wielu miejscach nadal robiła dobre wrażenie: równe drogi, czytelne oznaczenia, zadbane przestrzenie publiczne. Ale obok tego pojawiały się śmieci na chodnikach, zaniedbane fragmenty ulic, graffiti, które nie zawsze wyglądało jak sztuka, a czasem po prostu jak chaos na ścianach.

To nie był kraj z rodzinnych opowieści. Owszem, wciąż były miejsca uporządkowane i eleganckie. Ale wystarczyło zejść z głównej ulicy, skręcić gdzieś dalej, żeby zobaczyć zupełnie inny obraz.

Zacząłem się zastanawiać, czy to ja przez lata idealizowałem Niemcy, czy może one naprawdę bardzo się zmieniły.

Spacerując po ulicach dużych miast, coraz częściej zadawałem sobie pytanie, kto jest dziś „typowym Niemcem”. Na przystankach, w sklepach, w urzędach słyszałem głownie turecki i arabski. Spotykałem ludzi o bardzo różnym wyglądzie. Były ulice, których obraz dominował kobiety w burkach.  

Chwilami miałem wrażenie, że dawny obraz Niemiec po prostu rozpadł się na kawałki. Nie chcę z tego robić wielkiej teorii, bo byłem tam tylko gościem. Ale to, co widziałem, było dla mnie mocne. Ulice, sklepy, komunikacja, szkoły, urzędy — wszystko pokazywało kraj dużo bardziej wielokulturowy, niż sobie wyobrażałem. 

Najważniejsze okazały się jednak nie moje obserwacje, lecz rozmowy z rodziną.

Moja Brigitte

Moja kuzynka Brigitte przyjechała do Republiki Federalnej jako dziecko. Tu zrobiła maturę, dziś studiuje medycynę. Zapytałem ją, jak sama patrzy na Niemcy. Jej odpowiedź była dużo ostrzejsza, niż się spodziewałem.

Mówiła, że ma wrażenie, jakby prawie każdy pociąg był spóźniony. Opowiadała o internecie działającym gorzej niż w Rumunii. Narzekała na biurokrację, która — jak mówiła — kontroluje niemal każdy wycinek życia. Najbardziej zapamiętałem jej przykład z urzędem: gdy wysyła maila, odpowiedź potrafi przyjść zwykłą pocztą papierową.

Dla mnie brzmiało to absurdalnie. Podobnie jak opowieści o bankowości. Nie mogłem uwierzyć, że w takim kraju można czekać tygodniami na proste formalności, że przelew potrafi iść kilka dni, a otwarcie konta bywa drogą przez mękę. Brigitte mówiła też o lekarzach. O terminach u specjalistów liczonych w miesiącach. O tym, że nawet dostanie się do lekarza rodzinnego potrafi być problemem.

Słuchając jej, miałem wrażenie, że niemiecka służba zdrowia, przynajmniej z jej perspektywy, działa gorzej niż polska. 

Zapytałem Brigitte o AfD. Nie jak politolog, nie z gotową tezą, ale zwyczajnie: dlaczego ta partia tak rośnie? Dlaczego coraz więcej ludzi chce głosować na to prawicowe ugrupowanie. 

Odpowiedziała spokojnie, że jej zdaniem błędem jest tłumaczyć wszystko tęsknotą za dawnym nacjonalizmem. Ona widzi to inaczej. Powiedziała zdanie, które długo we mnie zostało: że dziś najgorzej w Niemczech mają się sami Niemcy.

Potem zaczęła wyliczać. Studenci tracą prawo do wsparcia, gdy rodzice mają nawet niewielki dochód. Ludzie po czterdziestu latach pracy dostają emerytury, które ledwo wystarczają na przeżycie. Rodziny pracujące coraz częściej liczą każdy rachunek. A jednocześnie widzą, że uchodźcy i migranci otrzymują pomoc, o której nie mogli by nawet pomarzyć.

Brigitte nie mówiła tego z nienawiścią. Raczej z bezradnością. Jej zdaniem narasta poczucie niesprawiedliwości. Ciężko pracujący ludzie patrzą na państwo i coraz częściej mają wrażenie, że system nie stoi już po ich stronie.

Opowiadała mi też o swojej szkole. Nie o nowoczesnej, bogatej niemieckiej placówce, jaką wyobrażałem sobie w dzieciństwie, ale o budynku niemalowanym od lat, połamanych ławkach, zdewastowanych toaletach. Przepełnionych salach, lekcjach odbywających się do godzin wieczornych. Wszystko dlatego, że samorząd nie miał pieniędzy na remonty.

Onkel Matthias

Najbardziej poruszająca była jednak rozmowa z moim wujkiem. Kiedyś był Mateuszem. Dziś jest Matthiasem. Wyjechał do Niemiec lata temu i długo wydawało się, że wybrał lepsze życie. Teraz sam mówi, że to była najgorsza decyzja w jego życiu.

Nie krył rozgoryczenia. Kiedyś sympatyzował z Zielonymi. Dziś mówi o nich z irytacją. Nie dlatego, że przestał cenić przyrodę czy czyste powietrze. Raczej dlatego, że — jak uważa — polityka klimatyczna oderwała się od życia zwykłych ludzi. Według niego ceny energii uderzyły w gospodarkę tak mocno, że w Niemczech przestało się opłacać produkować wiele rzeczy.

Matthias mówił o spadku zarobków, rosnących kosztach życia, coraz większym zmęczeniu i poczuciu, że kraj, który miał być bezpieczną przystanią, zaczyna trzeszczeć w szwach. Porównywał siebie z kolegami, którzy zostali w Polsce. Wielu z nich — jak twierdził — żyje dziś spokojniej i lepiej niż on. Mają domy, firmy, stabilność, której on po latach pracy w Niemczech nie czuje.

Słuchałem go z niedowierzaniem. Przez całe dzieciństwo to Niemcy były punktem odniesienia. To tam miało być lepiej. To tam miało się wyjeżdżać po przyszłość. A teraz człowiek, który naprawdę tam wyjechał, mówił mi, że najchętniej wróciłby na Śląsk.

Podobnie mówił chłopak Brigitte. Niemiec, którego rodzina mieszka w Niemczech od pokoleń. Studiuje architekturę i namawia Brigitte, żeby po studiach wyjechali do Francji. Uważa, że Francja jest dziś krajem bardziej przyjaznym do życia. O Niemczech mówił z podobnym zmęczeniem: że wszystko działa gorzej niż dawniej, że kraj się starzeje, komplikuje, blokuje sam siebie.

Było w tych rozmowach coś przygnębiającego. Nie słyszałem wielkich analiz. Nikt nie rysował mi wykresów. To były głosy zwykłych ludzi. I właśnie dlatego brzmiały tak mocno.

Czarna chmura AfD

Bo jeśli kryzys gospodarczy, społeczny i cywilizacyjny tak głęboko dotyka codziennego życia ludzi, nie można się dziwić, że rośnie gniew. A tam, gdzie rośnie gniew, szybko pojawiają się partie obiecujące proste odpowiedzi. W Niemczech coraz wyraźniej widać, że politycznym beneficjentem tego rozczarowania jest AfD. Według najnowszych sondaży partia ta w części badań wyprzedza już chadecję, a w Saksonii-Anhalt po kolejnych wyborach może prawdopodobnie samodzielnie rządzić. Jeszcze niedawno wydawało się to niewyobrażalne.

Jako Ślązak i Europejczyk nie potrafię patrzeć na to obojętnie. AfD to ugrupowanie, które od lat wysyła sygnały sympatii wobec Rosji i Putina. Przeraża mnie myśl, że kryzys za naszą zachodnią granicą może wynieść do władzy siłę gotową układać nowy europejski porządek także kosztem Polski.

Najgorsze scenariusze często nie zaczynają się od wielkich przemówień, lecz od codziennego zmęczenia zwykłych ludzi: od spóźnionych pociągów, drogiego prądu, upokarzającej biurokracji, poczucia niesprawiedliwości i przekonania, że nikt ich już nie słucha.

Mam wrażenie, że za Odrą narasta coś, czego na Śląsku wciąż nie chcemy dostrzec. Jeżeli w Berlinie do głosu doszłaby siła patrząca z sympatią na Rosję i Putina, mogłoby to oznaczać próbę układania Europy ponad głowami Polski. A wtedy gniew w Polsce mógłby łatwo obrócić się także przeciw tym, którzy kojarzą się z niemieckością: mniejszości i Ślązakom. 

I właśnie dlatego z tej podróży wróciłem nie z zachwytem, ale z ciężkim niepokojem.

This is some text inside of a div block.
Autor:
Karol Heliosz

Więcej artykułów

zjazd roczny vdg, verein deutscher geselschaften, związek stowarzyszeń niemieckich, łubowice
No items found.

Niebacznie zagubiona legitymacja

Elektorzy zjazdu rocznego VdG potwierdzili zadowolenie z pracy obecnego zarządu i wybrali go prawie w komplecie na nową kadencję. Mimo że autorytet zarządu nie budzi wątpliwości, same wybory wywołały cały szereg proceduralnych pytań. Zabrakło też merytorycznej dyskusji nad perspektywami rozwoju środowiska.

Czytaj dalej
ministrowie niemiec i polski
Polityka
Geografia

Wspólny piec

Wymiana ciepła budzi poczucie bezpieczeństwa i zaufania. Łączy także wtedy, gdy jego nadawcy i odbiorcy mieszkają po dwóch stronach granicy. Między Zgorzelcem a Görlitz ciepło ma płynąć w obie strony, przynosząc mieszkańcom wyraźne ograniczenie emisji CO2.

Czytaj dalej
Familok, Familoki, czerwona cegła, Śląsk
Geografia
Historia

Czerwone cegły oparły się komunistom

Na Górnym Śląsku 1 maja nie stał się nigdym świętem robotniczej wspólnoty. Był raczej obcym rytuałem świata socjalistycznego, który nie zakorzenił się w katolickiej społeczności regionu. Gdy gdzie indziej robotnicy maszerowali, tu wracano do familoków, ogródków i parafii. O tej odmienności zadecydowała także… cegła.

Czytaj dalej