Czerwone cegły oparły się komunistom

Górnośląskie familoki przyszły z Zagłębia Ruhry i Berlina

Na Górnym Śląsku 1 maja nie stał się nigdym świętem robotniczej wspólnoty. Był raczej obcym rytuałem świata socjalistycznego, który nie zakorzenił się w katolickiej społeczności regionu. Gdy gdzie indziej robotnicy maszerowali, tu wracano do familoków, ogródków i parafii. O tej odmienności zadecydowała także… cegła.

Familok, Familoki, czerwona cegła, Śląsk
Fot. Paweł Drozd

Kiedy Fryderyk II Wielki odebrał Górny Śląsk Habsburgom, była to ziemia na pozór mało atrakcyjna – pokryta lasami, słabo zagospodarowana rolniczo, zamieszkana przez ubogą ludność chłopską, zależną od wielkich właścicieli ziemskich. Ich sytuacja socjalna była trudna, a relacje feudalne – głęboko asymetryczne. 

Fryderyk Wielki postawił na industrializację. Jego decyzje miały charakter polityczny i strategiczny. Początkowo rozwój koncentrował się wzdłuż dorzecza Małej Panwi, lecz szybko odkryto, że pod powierzchnią tej „biednej ziemi” kryją się ogromne zasoby – węgla, cynku, ołowiu. Wówczas jedne z największych na świecie. Górnośląscy arystokraci nie musieli złóż surowców kupować – wydobywali je na własnych majątkach, które od pokoleń należały do ich rodów. 

To właśnie tutaj rodzi się specyfika regionu. Przemysł nie stworzył nowej klasy robotniczej od zera – on ją przekształcił. Zmuszani początkowo do niewolniczej pracy chłopi nie porzucili swoich wsi. Zamiast na polu, zaczęli pracować w kopalniach i hutach, często nadal mieszkając w tych samych miejscach. Powstał model, który trudno znaleźć gdzie indziej: robotnik, który jednocześnie pozostaje częściowo rolnikiem. Ogródek, kawałek pola, kilka zwierząt – to nie był relikt, lecz fundament socjalnego bezpieczeństwa. Ale też źródło dodatkowego dochodu dla arystokratycznych przemysłowców. Robotnicy otrzymywali ziemie w dzierżawę w zamian za  obniżenie swoich i tak skromnych zarobków.

Sytuacja zmieniła się radykalnie po połowie XIX wieku, zwłaszcza po uruchomieniu połączenia kolejowego z Berlinem. Przemysł eksplodował. Potrzebni byli robotnicy – tysiące robotników. Codzienne marsze do pracy przestały być możliwe. Wtedy pojawiło się rozwiązanie, które zmieniło krajobraz regionu: osiedla robotnicze.

Wzorce przychodziły z Zagłębie Ruhry i Berlina – z obszarów, gdzie już wcześniej tworzono kolonie przyzakładowe. Były to często ciasne, maksymalnie uproszczone zabudowy, często bez wody i kanalizacji. Na Górnym Śląsku model ten został przejęty, ale wyraźnie zmodyfikowany.

Za jedną z pierwszych realizacji uchodzi uchodzi kolonia przy dzisiejszej ul. Teodora Kalidego w Chorzowie, założona w 1798 roku dla pracowników Huty Królewskiej. Wybudowane zostało inicjatywy władz pruskich. Osiedla te budowano później w bezpośrednim sąsiedztwie miejsc pracy i były prywatną własnością arystokratycznych przemysłowców.

Jedną z kluczowych postaci był Albert Borsig, który w Biskupicach w latach 1865–1868 stworzył osiedle Borsigwerk – jedno z najważniejszych wczesnych założeń patronackich. Ceglany budynek, dwie izby, wspólna klatka, toalety na półpiętrze lub podwórzu. Standard był niski, ale konstrukcja – solidna.  Dzisiaj, stojąc przed familokiem w Zabrzu-Biskupicach i domem górniczym w Bochum, widzimy te same proporcje okien, tę samą solidną cegłę.

W porównaniu z wilgotnymi chałupami budowanych z gliny i drzewa, przykrytych słomianą strzechą, budowane z wypalanej cegły osiedla były też niezwykłym cywilizacyjnym postępem. 

Osiedla te nie były tylko „sypialnia robotników”, lecz kompletny organizm: mieszkania, szkoła, kaplica, sklepy i gospody. Familoki – od niemieckiego Familienhaus – stały się symbolem tego systemu.

Najważniejsze jednak było coś innego. W zdecydowanej większości podobnych osiedli rolniczych w Zagłębiu Ruhry czy Berlinie, robotnicy skazani byli wyłącznie kupowanie żywności w sklepach. A poziom ich zaopatrzenia i ceny wpływały na nastroje środowisk robotniczych. 

Zupełnie inaczej kształtowała się sytuacja na Górnym Śląsku. Osiedla te budowano na terenie prywatnych dóbr arystokratycznych przemysłowców. Miejsca było sporo, dlatego Familoki budowano w znacznych od siebie odstępach, tak by każda rodzina mogła mieć swój rozległy ogród. Przy familokach budowano powszechnie zabudowania gospodarcze, które do dziś noszą nazwę chlewików. W ten sposób robotnicze rodziny miały do dyspozycji kawałek uprawnego pola i małą oborę. Mieszkający w familokach robotnicy hodowali kury, świnie, czasami krowy. Uprawiali warzywa, kartofle i owoce na własny użytek. To nie był folklor, tylko system, który zapewniał stabilność zaopatrzenia. 

W czasach kryzysów, gdy w innych regionach Prus robotnicy rzeczywiście głodowali, tu mogli się utrzymać z własnej pracy poza fabryką. Familok nie był tylko mieszkaniem – był częścią mikroekonomii przetrwania.

Jeśli do tego dodać silne zakorzenienie w katolickim porządku społecznym – parafię, rytm roku liturgicznego, wpływ Kościoła i polityki Zentrum – otrzymujemy obraz społeczności, która nie była podatna na radykalizację w stylu zachodnioeuropejskim. Konflikty istniały, bieda była realna, ale nie przekładało się to automatycznie na bunt polityczny i komunistyczne sympatie.

Dlatego pierwszomajowe demonstracje były tu rzadkością i ewentualnie organizowane przez niemieckich robotników przybyłych do pracy z innych części Prus. Dla autochtonów były czymś obcym – nie tyle zakazanym, co niepasującym do ich świata.

Paradoks polega na tym, że ten sam mechanizm zadziałał ponownie po 1945 roku. Gdy system komunistyczny próbował narzucić swoją narrację polityczną i narodową, familoki znów stały się przestrzenią oporu wobec polonizacji. To w murach familoków przetrwał odrębny śląski język, pruskie obyczaje, pamięć o własnych bohaterach. To stąd też najczęściej wyjeżdżano do Niemiec. Nic dziwnego, że familoki przez nową władzę były zaniedbywane i sporadycznie modernizowane. Ich mieszkańców stygmatyzowano nieomal na margines społeczny.

Stawiano na Górnym Śląsku na rozwój osiedli z wielkiej płyty, w których utrzymanie prusko śląskiej tożsamości było niewspółmiernie trudniejsze.  

Jakże inaczej potoczyły się losy podobnych osiedli w innych częściach Niemiec. Dawne ceglane kolonie robotnicze w Essen, Bochum czy Oberhausen zostały zmodernizowane, a ich otoczenie przypomina dziś raczej parki niż dawne dzielnice przemysłowe. Mieszkania w tych domach stały się poszukiwanymi adresami.

Na Górnym Śląsku również są wyjątki – Nikiszowiec jest tego najlepszym przykładem. Jednak tysiące familoków wciąż pozostaje zaniedbanych i czeka na swoją szansę.

Warto o nie dbać nie tylko jako o zabytki pruskiej architektury, lecz jako o materialny zapis doświadczenia wspólnoty, która potrafiła przetrwać kolejne systemy i ideologie. Być może zamiast wznosić kolejne osiedla, warto przywracać do życia właśnie te miejsca.

Jedno wydaje się pewne, że mieszkańcy familoków obchodami 1 majowymi nie będą zainteresowani.

This is some text inside of a div block.
Autor:
Karol Heliosz

Więcej artykułów

Związek wypędzonych, Bund der Vertriebenen, Stephan Mayer
Ludzie
Polityka

Polska jest naszym przyjacielem!

Przez dziesięciolecia Związek Wypędzonych (BdV) postrzegany był w Polsce jako zagrożenie dla polskiej racji stanu. Dziś – mówi jego przewodniczący Stephan Mayer – stawia na dialog, polsko-niemieckie zbliżenie i szacunek wobec Polaków. Ważna jest też wspólna troska o pamięć i historię dawnych ziem niemieckich.

Czytaj dalej
osterreiten bieńkowice benkowitz
Zwyczaje
Tożsamość

Tradycja przyszła z Andechs

Tradycja wielkanocnych procesji konnych dotarła na Śląsk wraz z kolonizacją zainspirowaną w XII wieku przez św. Jadwigę Śląską z Andechs. Ten bawarski zwyczaj błagalnych objazdów pól przetrwał stulecia. W Bieńkowicach pod Raciborzem do dziś w ten sposób wita się wiosnę – serio, z modlitwą. Konne procesje traktowane są poważnie i pełnią ważną integrująca funkcje.

Czytaj dalej
śląscy samorządowscy, łukasz jastrzembski
Polityka
Ludzie

Pragmatyzm czy dwuznaczność

Przedstawiciele Śląskiego Stowarzyszenia Samorządowego chcą stworzyć własny komitet w wyborach do Sejmu. Projekt ma występować jako inicjatywa regionalna, szerzej otwarta na środowiska autochtoniczne, ale do parlamentu chciałby wejść dzięki formule przewidzianej dla mniejszości narodowej. To stawia pytanie o polityczną tożsamość tego przedsięwzięcia.

Czytaj dalej