Fot. Robert Palka / Netflix / materiały prasowe do filmu
Film „Ołowiane dzieci” odwołuje się do jednej z najbardziej poruszających historii powojennego Śląska: tragedii dzieci chorujących na ołowicę w pobliżu Huty Szopienice oraz odwagi dr Jolanty Wadowskiej-Król, która próbowała ratować najmłodszych mieszkańców Katowic wbrew logice PRL-owskiego systemu.
Materiał był wystarczająco mocny. Była w nim krzywda dzieci, strach rodziców, cynizm władzy, administracyjna przemoc i samotność lekarki, która miała odwagę powiedzieć prawdę. Nie trzeba było tej historii wzmacniać przez poniżenie ludzi, których dotyczyła.
A jednak twórcy filmu Macieja Pieprzycy zbudowali opowieść, w której śląscy autochtoni zostali pokazani przez filtr starego, narodowo-kulturowego uprzedzenia. To nie jest prosty konflikt między inteligencją a ludem ani między wykształconą lekarką a robotniczą dzielnicą. To jest coś głębszego: to jest aroganckie, niechętne spojrzenie na dawnych obywateli państwa pruskiego — na ludzi z odrębnym doświadczeniem historycznym, językiem, pamięcią i obyczajem.
Tego kontekstu nie da się zrozumieć bez powojennej historii Górnego Śląska: spolszczania nazwisk, ukrywania znajomości języka niemieckiego, podejrzliwości wobec rodzin mających krewnych za Odrą, wyjazdów do Republiki Federalnej, ale także nieufności wobec ludności napływowej.
W tym spojrzeniu Ślązak jest brudny, niechlujny, zamknięty, nieufny, niedouczony, potrzebujący pouczenia z zewnątrz. Taki stereotyp bywa obecny w potocznej mowie. To zawsze krzywdzące. Ale gdy powtarzają go środowiska kultury, ludzie mający narzędzia, wiedzę i odpowiedzialność za obraz świata, staje się to groźne i kompromitujące zarazem.
Szczególnie uderza sposób pokazania Szopienic: błoto, zaniedbanie, wychodki, duszne mieszkania, niechlujni ludzie, przemoc, alkohol, zabobon. Do tego scena z psem liżącym rany dziecka — drastyczna, łatwa do zapamiętania, mająca charakteryzować nie tylko jednostkową sytuację, lecz całą przestrzeń i jej mieszkańców. To już nie jest środek dramaturgiczny. To wizualne oskarżenie wspólnoty.
Tyle że jest to oskarżenie fałszywe. Śląscy autochtoni byli społecznością ukształtowaną przez industrialną nowoczesność, gospodarczy sukces regionu, etos pracy, rodzinny porządek i kulturę czystości. Bieda nie oznaczała zgody na brud. Familok nie był mieszczańskim salonem, ale dom pozostawał przestrzenią godności. Wyszorowana podłoga, czyste okna, porządek w kuchni i na klatce schodowej były częścią codziennego obowiązku.
Równie krzywdzący jest obraz „ciemnego Ślązaka”. Górny Śląsk wyrastał z doświadczenia państwa pruskiego, z jego dyscypliny administracyjnej, obowiązkiem szkolnym i znaczeniem edukacji. W wielu częściach odrodzonej Polski analfabetyzm po 1918 roku był dramatycznym problemem. Na Górnym Śląsku czytelnictwo gazet było zjawiskiem powszechnym. Przypisywanie tym ludziom niemal średniowiecznej ciemnoty jest więc historycznym fałszem.
Film dokonuje jeszcze jednego znaczącego przesunięcia. Prawdziwa Jolanta Wadowska-Król była związana ze Śląskiem, znała ludzi, którym pomagała, rozumiała ich świat. Filmowa bohaterka zostaje ustawiona bardziej jako osoba z zewnątrz: czysta, racjonalna, nowoczesna, skontrastowana z otoczeniem pokazanym jako brudne i wrogie. Ten zabieg wzmacnia fałszywy układ: polska nowoczesność przychodzi do śląskiej ciemnoty.
A przecież nieufność mieszkańców można było opowiedzieć uczciwie. Huta dawała pracę. System karał za sprzeciw. Do tego dochodziła pamięć wcześniejszych doświadczeń: podejrzeń, narodowych weryfikacji, presji asymilacyjnej, wyjazdów bliskich do Niemiec i napięć z napływowymi. Milczenie nie musiało wynikać z głupoty. Mogło być strategią przetrwania ludzi nauczonych ostrożności wobec każdej władzy i każdego obcego głosu.
Dlatego tak ważne są sceny, w których śląskie kobiety stają po stronie lekarki. Bronią jej przed budynkiem policji, później stoją naprzeciw ZOMO, choć mogą zostać pobite. Wymierzone w nie pałki i lufy nie odbierają im odwagi. Te sceny pokazują coś, czego film nie potrafi konsekwentnie zrozumieć: siłę autochtonek, zdolność wspólnoty do solidarności i oporu. Pobrzmiewa w nich echo wcześniejszych śląskich kobiecych protestów, także tych z czasu pierwszej wojny i kryzysu roku 1918.
Nie chodzi o odbieranie Jolancie Wadowskiej-Król należnego miejsca w historii. Jej odwaga pozostaje bezdyskusyjna. Chodzi o coś innego: pamięć o niej nie powinna wymagać obrażania ludzi, którym pomagała. Bo opowieść o ratowaniu dzieci traci moralną siłę, jeśli równocześnie odbiera się godność wspólnocie, z której te dzieci pochodziły…
This is some text inside of a div block.