Polski intruz w romantycznej idylli

Jak łoś Bert stał się w Brandenburgii celebrytą

Ogrodzone pastwiska i niemieckie krowy stały się obiektem zainteresowania polskich łosi. Znudzone lubelskimi i białowieskimi polanami, powędrowały na zachód w poszukiwaniu nowych terytoriów i, jak się okazało, także towarzyskich przygód. Męskie łosie z Polski wywołują dziś w Brandenburgii jednocześnie rozbawienie, przerażenie i bezradność. Tym bardziej że tych zwierząt nie widziano tu od niemal 200 lat.

Łoś Bert
Fot. Manfred Richter

Drang nach Westen, czyli wędrówka na zachód

Powrót łosi do Niemiec nadal wywołuje spore, nierzadko irracjonalne lęki. Biolodzy nie mają wątpliwości, że zwierzęta przywędrowały z Polski. Potrafią bez trudu pokonać 30 kilometrów dziennie, a granica państwowa nie ma dla nich oczywiście żadnego znaczenia. Deutsche Wildtier Stiftung, niemiecka fundacja zajmująca się monitorowaniem dzikich zwierząt, zwraca uwagę, że w Brandenburgii powstała już niewielka kolonia łosi. Co więcej, zauważono, że zaczęły się one na obczyźnie rozmnażać.

Łoś Bert w poszukiwaniu niemieckiej partnerki

Nie to jest jednak największą sensacją. Męskie łosie nie żyją stadnie. Są samotnikami i przemierzają wielkie przestrzenie w poszukiwaniu wybranki. Trudno ten biologiczny fenomen komentować bez uśmiechu, ale polskie łosie w Brandenburgii szczególnie upodobały sobie niemieckie krowy.

Największą sławą okrył się łoś, któremu nadano imię Bert. Zamiast wędrować dalej, postanowił osiedlić się na stałe w Parku Przyrody Nuthe-Nieplitz. I zamiast konsekwentnie trzymać się łosiowej samotności, zaczął usilnie szukać towarzystwa niemieckich krów.

Obserwatorzy ze zdziwieniem notowali, że przez wiele tygodni żył w samym środku krowiego stada wypasanego na łąkach w regionie Hoher Fläming w Brandenburgii, na południowy zachód od Berlina. Właściciel hodowli opowiadał na antenie publicznego Mitteldeutscher Rundfunk, że Bert miał zwyczaj wybierać sobie ulubioną krowę danego dnia, a następnie gonić ją rozochocony aż do wieczora. W ten sposób zyskał ogromną sławę i stał się lokalnym celebrytą.

Polował na nie już Juliusz Cezar

Łosie, dorastające do 2,30 metra w kłębie i ważące nawet 800 kilogramów, były w starożytnej Germanii zwierzętami licznymi. Wzmiankę o nich zanotował nawet Juliusz Cezar. W swoim dziele „O wojnie galijskiej” przekonywał, że te majestatyczne ssaki nie mają stawów kolanowych i muszą spać na stojąco, opierając się o pnie drzew.

Według rzymskiego wodza germańscy myśliwi polowali na nie, podcinając drzewa. Gdy łoś opierał się o taki pień, drzewo miało się przewracać, a zwierzę — pozbawione możliwości zgięcia nóg — nie było w stanie uciec. Dziś ten fragment może budzić co najwyżej uśmiech. Ale nawet jeśli rzeczywiste metody tamtejszych myśliwych znacznie odbiegały od opisu Cezara, pokazuje to, że zwierzęta te już w starożytności budziły fascynacje.

Od czasów Ottona III populacja łosi na ziemiach niemieckich zaczęła gwałtownie spadać. Już w późnym średniowieczu gatunek ten znikał z kolejnych regionów. Przyjmuje się, że najpóźniej od połowy XIX wieku na obszarze leżącym w dzisiejszych granicach Niemiec łosi już nie było.

Po wschodniej stronie Odry historia potoczyła się inaczej. W Polsce łoś przetrwał, choć także tutaj po II wojnie światowej jego populacja przeżywała dramatyczne załamania. W najgorszym momencie liczyła zaledwie około 1,5 tysiąca osobników. Prawdziwy przełom nastąpił w 2001 roku, kiedy wprowadzono ogólnokrajowe moratorium, czyli całkowity zakaz odstrzału tych zwierząt.

Efekt okazał się imponujący. Liczba łosi gwałtownie wzrosła. Po 25 latach dane monitoringu Polskiego Związku Łowieckiego wskazują populację na poziomie około 38 tysięcy osobników. Tak duży sukces reprodukcyjny sprawił, że zwierzęta w naturalny sposób zaczęły szukać nowych terytoriów. Jednym z kierunków tej wędrówki stał się zachód — czyli Niemcy.

W cywilizowanych Niemczech miejsca dla łosi brak

Choć historia Berta może bawić, wielu niemieckim farmerom i leśnikom powrót parzystokopytnych olbrzymów wcale nie wydaje się zabawny. Na zachód od Odry las i pole nie są dziką przestrzenią, lecz precyzyjnie zaprojektowanym, zoptymalizowanym krajobrazem, w którym każdy metr kwadratowy ma swoje gospodarcze przeznaczenie. Łoś, który potrafi bez trudu spałaszować kilkanaście kilogramów młodych pędów sosny dziennie, staje się tam kosztownym intruzem niszczącym uprawy.

Dodatkowo, gdy łosie wkraczają na teren Brandenburgii czy Meklemburgii, zderzają się z rzeczywistością, do której nie są przystosowane. Zamiast starożytnych pułapek czekają na nie współczesne bariery: gęsta sieć dróg szybkiego ruchu i autostrad. A ponieważ w obliczu zagrożenia — na przykład nadjeżdżającego samochodu — łoś często nieruchomieje na drodze, może stanowić śmiertelne zagrożenie dla uczestników ruchu.

To właśnie obawy o bezpieczeństwo, a także straty finansowe sektora rolniczego i leśnego sprawiają, że wizyty polskich łosi budzą w Niemczech tak duży opór społeczny.

Czy Caspar David Friedrich pozostanie w muzeum

W niemieckim podejściu do przyrody ukryty jest fascynujący paradoks. Z jednej strony to właśnie Niemcom zawdzięczamy rozkwit romantycznej wyobraźni i pojęcie Waldeinsamkeit — melancholijnej tęsknoty za samotnością w dzikim, gęstym lesie, tak bliskiej światu obrazów Caspara Davida Friedricha.

Z drugiej strony, gdy romantyczna dzikość materializuje się nagle w postaci ważącego kilkaset kilogramów łosia, niemiecka tęsknota za naturą szybko zderza się z niemiecką potrzebą porządku. Bert, który przeskakuje elektryczne płoty i ugania się za krowami, jest zabawny tylko do chwili, gdy wchodzi na czyjeś pastwisko i zaczyna burzyć starannie urządzoną przestrzeń.

Z badań ankietowych przeprowadzonych przez World Wide Fund for Nature wynika, że obecność łosi w przyrodzie pozytywnie postrzega ponad 70 procent Polaków. Tymczasem po drugiej stronie rzeki, w Brandenburgii, akceptacja dla obecności tych potężnych ssaków wynosi zaledwie około 50 procent. Obnaża to coś znacznie poważniejszego: rozdźwięk między niemieckim imperatywem konieczności ochrony przyrody i powrotu do natury, a realną gotowością zaakceptowania dzikości. W konfrontacji z biednym łosiem, który nikomu nie chce zrobić krzywdy, niemiecki romantyzm nagle się kończy.

I tu właśnie zaczyna się najciekawsza część tej historii. Bert nie przyniósł do Brandenburgii żadnej katastrofy. Przyniósł tylko trochę polskiego chaosu, trochę biologicznej wolności i pytanie: czy Niemcy naprawdę chcą dzikiej natury, czy jedynie jej romantycznego obrazu w muzeum? Być może nadchodzą czasy, w których Niemcy będą musieli uczyć się od Polaków nie tylko improwizacji, lecz także zgody na to, że naturalna przyroda nie zawsze mieści się w regulaminie.

This is some text inside of a div block.
Autor:
Emil Stendhal

Więcej artykułów

dobrindt
Polityka
Historia

Europa ważniejsza niż naród

Federalny Minister Spraw Wewnętrznych Niemiec, Alexander Dobrindt podczas uroczystości upamiętniającej ofiary ucieczki i wypędzeń po 1945 roku mówił o konieczności przeciwstawienia się odradzającym się w Europie nacjonalizmom. Najskuteczniejszym instrumentem ma być wspólna europejska tożsamość, silniejsza niż narodowe egoizmy. Refleksje po berlińskim spotkaniu.

Czytaj dalej
dziołchy, opolskie, strój śląski
Kultura
Ludzie

Puste krzesła

Trzeci festiwal uliczny mniejszości niemieckiej w Opolu zaskoczył poziomem artystycznym i rozmachem organizacyjnym. Było kolorowo, różnorodnie i na dobrym poziomie — od występów dzieci po koncert Oskara Götza. Tymczasem widzów nie było prawie wcale. Dawna irytacja wobec niemieckich akcentów ustąpiła dziś całkowitej obojętności.

Czytaj dalej
Dzieci w smartfonach
No items found.

Frustrująca wizyta

Związek Młodzieży Mniejszości Niemieckiej BJDM jest widoczny w mediach społecznościowych i potrafi wzbudzić zainteresowanie. Wiktor Siemierski, student dziennikarstwa UŚ, pojechał do biura BJDM w Opolu, by sprawdzić, czy znajdzie tam przestrzeń także dla siebie. Zamiast żywej niemieckości zobaczył organizację, która nie potrafi jasno odpowiedzieć, po co właściwie istnieje.

Czytaj dalej