Od co najmniej dwóch dekad w metropoliach położonych na dawnych ziemiach niemieckich obserwujemy proces stopniowego oswajania niemieckiej przeszłości tych terenów. Historyczne układy urbanistyczne, dawna architektura, szyldy i reklamy na murach coraz częściej zaczynają być świadomie traktowane jako część własnego dziedzictwa. Niemców nie postrzega się już wyłącznie jako wrogów, lecz coraz częściej jako dawnych sąsiadów, którzy odeszli, pozostawiając po sobie określone tradycje kulturowe i cywilizacyjne.
Proces ten szczególnie wyraźnie widoczny jest we Wrocławiu — wielkiej metropolii, której europejski charakter, silne środowisko akademickie i artystyczne sprzyjają nowemu spojrzeniu na historię. Nie jest to jednak proces powszechny i ma wielu przeciwników. Co więcej, owo przywracanie niemieckich śladów dotyczyło dotąd przede wszystkim zabytków i obiektów historycznych, które pozostawały bez związku z najbardziej ponurym okresem w historii Niemiec, jaką była III Rzesza.
Tymczasem na głębokiej prowincji, w liczącym około 530 mieszkańców Wierzbiu koło Łambinowic, pojawiła się inicjatywa, której można by się raczej spodziewać po stolicy regionu niż po niewielkiej wsi. Grupa mieszkańców — potomków repatriantów — wystąpiła z apelem o pozostawienie na miejscu grobów niemieckich lotników pochowanych na cmentarzu jenieckim w Łambinowicach.
To właśnie w Wierzbiu, niedaleko obozu jenieckiego w Łambinowicach, funkcjonowała w czasie wojny szkoła pilotów niemieckiego Luftwaffe. W warunkach wojennych, gdy na froncie brakowało pilotów, szkolenie prowadzono w pośpiechu i pod ogromną presją. Młodzi adepci lotnictwa, mający często znikome doświadczenie, po kilku próbach byli dopuszczani do samodzielnych lotów. Wypadki zdarzały się często, a ich ofiarami padali kolejni młodzi lotnicy.
Jednym z nich był 22-letni Hermann Bultmann, który rozbił swojego Messerschmitta Me 109 o płytę lotniska. Samolot stanął w płomieniach, a pilot zginął na miejscu. Pochowano go — podobnie jak niektórych innych zmarłych lotników — na Starym Cmentarzu Jenieckim w Łambinowicach. Chowano ich z wojskowymi honorami, w specjalnie wydzielonej kwaterze grobów ziemnych. Z dokumentów wynika, że przed pochówkiem próbowano kontaktować się z rodzinami.
Po 1945 roku ślady po niemieckiej obecności miały zniknąć. Groby wyrównano, teren zamieniono w trawnik, przez długie lata pasły się tam krowy. Taki był powojenny porządek: po Niemcach miało nie zostać nic — ani nazwiska, ani znaki pamięci, ani ślady obecności. Dopiero niedawno, podczas prac archeologicznych, na szczątki natrafiono przypadkiem. Centralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach, zgodnie z obowiązującą procedurą, poinformowało o znalezisku Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge — niemiecką organizację humanitarną działającą na zlecenie państwa niemieckiego. Zajmuje się odnajdywaniem, ekshumacją, pochówkiem i opieką nad grobami niemieckich ofiar wojen za granicą. Jej centrala mieści się pod Kassel.
Po stronie niemieckiej uruchomiono więc standardową procedurę przewidującą przeniesienie odnalezionych szczątków na centralny niemiecki cmentarz wojskowy w Nadolicach Wielkich koło Wrocławia. Wszystko zgodnie z przepisami, zgodnie z rutyną, zgodnie z praktyką.
Przeciwko tym planom wystąpiła grupa lokalnych społeczników, na czele z Danielem Podobińskim. Ich stanowisko nie miało w sobie nic z historycznego rewizjonizmu. Wręcz przeciwnie. Mieli pełną świadomość, że chodzi o żołnierzy formacji należącej do armii, która we wrześniu 1939 roku napadła na Polskę i przyniosła narodowi polskiemu niewyobrażalne cierpienie. Nie idealizowali Wehrmachtu, nie wybielali III Rzeszy, nie próbowali odwracać ról sprawców i ofiar.
A jednak Daniel Podobiński postanowił zerwać z najprostszym narodowym odruchem, który każe niemieckie ślady traktować wyłącznie jako obce. Uznał, że dawne lotnisko w Wierzbiu i groby młodych adeptów lotnictwa są częścią historii ich miejscowości. Twierdził, że te zapomniane groby są częścią krajobrazu historycznego, w którym dzisiejsi mieszkańcy żyją i z którym się mierzą
Jak mówi Daniel Podobiński, lotnicy niemieccy nie są członkami ich rodzin. Chodzi jednak o potrzebę „aktywnego tworzenia pamięci”, o odzyskiwanie historii dawnej wspólnoty zamieszkującej krajobraz, który dziś zamieszkują inni. Dlatego mieszkańcy Wierzbia wystąpili z apelem o pozostawienie odnalezionych szczątków w miejscu pierwotnego pochówku.
Ich argumentacja była przemyślana, spójna i moralnie poważna. Uważali, że lotnicy zostali pochowani z szacunkiem, że ich groby znajdują się na starym cmentarzu jenieckim objętym szczególną ochroną państwa, a więc w miejscu, które gwarantuje należytą opiekę i trwałość pamięci.
Prosili o rekonstrukcje zarysów dawnych grobów, ustawienia krzyży z imionami, nazwiskami oraz datami urodzenia i śmierci lotników, a przede wszystkim pozostawienia szczątków w Łambinowicach.
W ich myśleniu było jednak coś jeszcze ważniejszego. Szczególną wartość widzieli właśnie w tym, że na jednym cmentarzu spoczywają obok siebie sprawcy i ofiary, członkowie armii III Rzeszy i jeńcy będący ofiarami tego samego systemu. To współistnienie nie jest wygodne, ale właśnie dlatego ma wartość. Łambinowice nie powinny być miejscem historii sterylnej i wygładzonej. Powinny drażnić, prowokować do pytań, zmuszać do myślenia o skomplikowanym układzie winy, śmierci i cierpienia.
W swoim apelu Podobiński podkreślał, że odkryte szczątki są świadectwem skomplikowanej, ale wspólnej historii ich okolicy. Domagał się debaty, a nie administracyjnego rozstrzygnięcia za zamkniętymi drzwiami.
Daniel Podobiński skierował swój apel do różnych instytucji — do IPN, do muzeum, ale również do niemieckiego Volksbundu. I właśnie tutaj zaczyna się najbardziej politycznie kompromitujący fragment całej sprawy.
W centrali Volksbundu apel potraktowano poważnie. Stał się on punktem wyjścia do spotkania zorganizowanego w Muzeum Jeńców Wojennych w Opolu z jej inicjatywy. Do Opola przyjechali wysocy przedstawiciele niemieckiej organizacji: Artur Berger z Kassel oraz Joachim Franke, reprezentujący Volksbund w Polsce. Obaj — jak wynika z relacji — potraktowali sprawę serio, wychodząc z założenia, że w przypadku decyzji o przenoszeniu grobów decydujący powinien być głos społeczności lokalnej i że wbrew jej woli nic nie powinno się wydarzyć.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co trudno uznać za przypadek. Na spotkanie nie zaproszono Daniela Podobińskiego ani sygnatariuszy apelu. Nie zaproszono ludzi, którzy całą sprawę zainicjowali, którzy wnieśli do niej nową jakość moralną i polityczną. Nie zaproszono tych, którzy mieli w tej sprawie najwięcej do powiedzenia.
W spotkaniu uczestniczyli natomiast przedstawiciele muzeum, urzędu gminy i Volksbundu. Jak wspominają zgodnie Berger i Franke, przez całe spotkanie nie padło ani jedno słowo sprzeciwu wobec planu przeniesienia grobów. Ani ze strony muzeum, ani ze strony przedstawicieli gminy, którzy — jak można odnieść wrażenie — nie mieli pełnej świadomości, że to właśnie jako gospodarze terenu mają w tej sprawie głos zasadniczy. Tymczasem w rozmowie ze „Spectrum Direct” sekretarz gminy, Jerzy Rosiński podkreślał, że nie ma nic przeciwko temu, by lotnicy pozostali na starym cmentarzu jenieckim, i że gmina byłaby gotowa przejąć obowiązek opieki nad grobami.
Artur Berger i Joachim Franke wyjechali więc z Opola w przekonaniu, że społeczność lokalna grobów lotników w Łambinowicach nie chce. Dlatego uznali, że procedura przeniesienia szczątków powinna być kontynuowana. Trudno o bardziej jaskrawy przykład instytucjonalnego zmarnowania szansy pojednania.
Bo oto w małym Wierzbiu pojawiła się inicjatywa autentycznie europejska, dojrzała i odważna — a opolskie elity nie potrafiły jej ani rozpoznać, ani uszanować. Podobińskiego nie potraktowano jako człowieka, który próbuje przełamać narodowe stereotypy i wziąć odpowiedzialność za całą, także niemiecką historię miejsca. Potraktowano go jak kłopotliwego dziwaka, którego najlepiej usunąć z pola widzenia. Zamiast dopuścić do debaty, zorganizowano spotkanie bez tych, którzy mieli moralne i społeczne prawo w nim uczestniczyć.
W regionie, który tak chętnie mówi o wielokulturowości, o pograniczu, o dialogu i pojednaniu, to nie wielkie instytucje, lecz mieszkańcy małej wsi pierwsi pokazali, co znaczy uznać niemiecką przeszłość za część własnego krajobrazu pamięci. Co więcej poszli znacznie dalej, niż podobni aktywiści we Wrocławiu. Nie wystąpili o uszanowanie zabytkowej kamienicy czy starego napisu, lecz uszanowanie grobów żołnierzy armii agresora. To właśnie nadaje tej postawie prawdziwy ciężar moralny.
Można odnieść wrażenie, że dla części opolskich elit temat okazał się po prostu zbyt niewygodny. Zbyt drażliwy, zbyt polityczny, zbyt nieoczywisty. Łatwiej było zasypać sprawę po cichu, w ramach procedury, bez ryzyka szerszej dyskusji.
Dla Podobińskiego i jego współtowarzyszy pozostaje jednak pewne światełko nadziei. Artur Berger z Kassel zobowiązał się, że przyjedzie do Opola raz jeszcze, już po to, by spotkać się bezpośrednio z inicjatorami apelu. To ważny sygnał. Oznacza bowiem, że po stronie niemieckiej docenia się wagę tej inicjatywy i jej autentycznie europejski wymiar.
Małe Wierzbie stało się źródłem perspektywy, do której Opole najwyraźniej jeszcze nie dorosło.