W łubowickim centrum kultury odbył się wyborczy zjazd organizacji dachowej mniejszości niemieckiej w Polsce — VdG. Obrady w dużej mierze zdominowane zostały przez wystąpienia dotychczasowego i ponownie wybranego przewodniczącego Rafała Bartka. Trzeba przyznać, że zaprezentował się on jako lider dojrzały, spokojny i retorycznie bardzo sprawny. Jego wystąpienia były dobrze uporządkowane i przekonujące. Nie ulega wątpliwości, że pozostaje on najważniejszą postacią tego środowiska. Otoczony jest też lojalnym zespołem. Z tego punktu widzenia wynik wyborów nie był zaskoczeniem.
Dziwić może natomiast sposób ich przeprowadzenia. Do wyborów zgłoszono dokładnie tyle osób, ile było miejsc do obsadzenia w zarządzie i komisji rewizyjnej. Nikt nie zaproponował alternatywnych kandydatur. Formalnie można oczywiście uznać, że taka była wola elektorów. Politycznie jednak trudno nie zauważyć, że taka procedura bardziej przypomina układankę niż realne wybory.
Tym bardziej problematyczny był zakaz wstępu dla mediów, także tych związanych ze środowiskiem mniejszości niemieckiej. W praktyce stworzono monopol informacyjny dla biura prasowego VdG. Demokracja nie sprowadza się tylko do wrzucania kartek do urny. Równie ważna jest możliwość zadawania pytań, prawo do niezależnej relacji oraz obecność mediów, które nie są częścią aparatu władzy organizacyjnej. Wybory powinny móc być obserwowane, relacjonowane i oceniane przez niezależne media tej wspólnoty. Brak takiej możliwości jest poważnym deficytem, bo monopolizacja komunikacji w rękach biura prasowego VdG nie wzmacnia wiarygodności wyborczych decyzji.
Na atmosferę zjazdu wpływał także spór wokół liczby elektorów dopuszczonych do głosowania. Dodatkowi elektorzy, których domagała się katowicka organizacja Dietmara Brehmera, najpewniej nie zmieniliby wyniku wyborów. Nie zmienia to jednak faktu, że sam nierozstrzygnięty spór nie służył wiarygodności procedury. Wybory, których wynik jest z góry oczywisty, tym bardziej powinny być przeprowadzone w sposób przejrzysty i niebudzący proceduralnych wątpliwości.
VdG jest organizacją, która występuje wobec władz polskich i niemieckich jako reprezentant mniejszości niemieckiej w Polsce. Decyzje personalne delegatów mają więc znaczenie nie tylko dla osób obecnych na sali, lecz także dla tysięcy ludzi, w których imieniu organizacja występuje. Tym bardziej że to VdG decyduje, które projekty i inicjatywy finansowane ze środków rządu Niemiec mogą, a które nie mogą liczyć na wsparcie.
Właśnie dlatego standardy przeprowadzenia wyborów mają tu znaczenie szczególne. Nie chodzi o podważanie autorytetu nowo wybranego zarządu. Przeciwnie — jego pozycja jest na tyle silna i ugruntowana, że nie musiał uciekać się do tak zamkniętej i przewidywalnej procedury. Można się tylko dziwić, że zarząd sam, zupełnie niepotrzebnie, osłabia w ten sposób swoją społeczną legitymację. Silne przywództwo nie potrzebuje nadmiernej kontroli nad przebiegiem wyborów. Jego wiarygodność rośnie wtedy, gdy potrafi dopuścić pluralizm, pytania i obserwację z zewnątrz.
Poważnym deficytem zjazdu był jednak brak pogłębionej dyskusji programowej. Mniejszość niemiecka w Polsce stoi przed pytaniami znacznie poważniejszymi niż tylko bieżąca realizacja projektów. Jak przeciwdziałać malejącemu zainteresowaniu autochtonów działalnością organizacji? Jak pozyskać młodych ludzi? Jaką rolę ma dziś odgrywać niemieckość — kulturową, językową, rodzinną, obywatelską? Czy najważniejsza jest sama idea niemieckości, czy raczej integracja ludzi związanych z pruskim, niemieckim i śląskim dziedzictwem tej ziemi? Zamiast rozmowy o tym, jak organizacja ma wyglądać za pięć czy dziesięć lat, dominowało wyliczanie zrealizowanych projektów i operacyjnych planów na przyszłość. To ważne, ale niewystarczające.
W czasie dyskusji pojawił się głos Dietmara Brehmera, który krytycznie odniósł się do polityki historycznej VdG. Zwracał uwagę, że w oficjalnych przekazach zbyt słabo wybrzmiewa rola organizacji „Pojednanie i Przyszłość” w pierwszych latach odbudowy życia mniejszości niemieckiej w Polsce. Wskazywał również na brak wsparcia dla mediów związanych z jego środowiskiem. Był to głos ważny, bo dotyczył pamięci instytucjonalnej — tego, kto i w jaki sposób opowiada historię powstawania struktur mniejszości po 1989 roku.
Warto zauważyć, że gospodarz łubowickiego spotkania, przewodniczący TSKN województwa śląskiego Martin Lippa, deklarował gotowość do dialogu i współpracy. W jego wypowiedziach wybrzmiewała raczej chęć łagodzenia napięć niż ich pogłębiania.
Martin Lippa odegrał podczas zjazdu istotną rolę również z innego powodu. To z jego inicjatywy podjęto temat przynajmniej częściowej odbudowy rodzinnego pałacu Josepha von Eichendorffa w Łubowicach. Dziś obiekt znajduje się w stanie niszczejącej ruiny, choć jego znaczenie wykracza daleko poza samą rekonstrukcję zabytku.
Eichendorff, jeden z najwybitniejszych niemieckich poetów i prozaików XIX wieku, był głęboko zakorzeniony w śląskiej ziemi, jej krajobrazie, języku i pamięci. Jako postać łącząca niemiecką kulturę wysoką z lokalnym, śląskim doświadczeniem może stać się ważnym punktem odniesienia zarówno dla mniejszości niemieckiej, jak i dla mieszkańców regionu budujących swoją tożsamość wokół więzi z ziemią rodzinną.
Odbudowany pałac nie byłby jedynie materialnym śladem przeszłości. Mógłby stać się miejscem krystalizacji pamięci o pruskim i austriackim Górnym Śląsku, punktem spotkania śląskiej i niemieckiej tożsamości oraz przestrzenią integracji środowisk autochtonicznych. Twórczość Eichendorffa, przesycona miłością i tęsknotą za ziemią rodzinną, szczególnie dobrze nadaje się do takiej roli. Dlatego inicjatywa Martina Lippy jest tak ważna.
Podczas obrad powróciła także kwestia pamięci o ofiarach polskich i radzieckich represji wobec autochtonicznej ludności Górnego Śląska po 1945 roku. Represje te dotykały przede wszystkim dawnych obywateli państwa niemieckiego. Jeśli obejmowały również osoby, które nie identyfikowały się z niemieckością, to często dlatego, że były przez nowe władze traktowane jako Niemcy lub z Niemcami utożsamiane.
Dlatego nieuprawnione wydaje się zawłaszczanie tego powojennego dramatu przez współczesne ugrupowania śląskie i czynienie z niego rodzaju mitu założycielskiego odrębnej śląskiej narracji politycznej. To wątek trudny, ale ważny — i dobrze, że został podczas zjazdu podjęty.
Ostatecznie zjazd VdG pozostawił więc obraz niejednoznaczny. Z jednej strony pokazał organizację sprawną, stabilną, dysponującą silnym liderem i profesjonalnym zapleczem administracyjnym. Z drugiej — ujawnił deficyt realnej debaty programowej oraz proceduralne słabości wyborów.
Osobnym problemem pozostaje sposób organizowania komunikacji medialnej wokół VdG. Trzeba uczciwie przyznać, że samo biuro prasowe wykonało w ostatnim roku dużą pracę. Poprawiła się obecność organizacji w internecie, sprawniej funkcjonują media społecznościowe, a przekazy są bardziej profesjonalne, szybsze i atrakcyjniejsze wizualnie. To niewątpliwy atut obecnego kierownictwa.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy sprawne biuro prasowe przestaje być narzędziem komunikacji organizacji, a zaczyna zawłaszczać całą przestrzeń medialną mniejszości niemieckiej. Mniejszość potrzebuje niezależnych pytań, komentarzy i sporów. Obecnie komunikacja jest jednostronna i zaczyna bardziej przypominać zarządzanie przekazem niż publiczną debatę.
Jeżeli nowy zarząd chce być naprawdę silny, powinien dopuścić pluralizm w mediach mniejszości niemieckiej — nie jako ustępstwo wobec krytyków, lecz jako warunek własnej legitymacji.