Dominowała narracja wielokulturowa
Materialne i kulturowe dziedzictwo Górnego Śląska ma fundamentalne znaczenie dla kształtowania tożsamości mniejszości niemieckiej. Można było więc oczekiwać, że właśnie temu zagadnieniu zostanie poświęcony zorganizowany niedawno w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Opolskiego II Kongres Śląskich Samorządowców. Spotkanie odbyło się pod hasłem „Dlaczego i jak w nowoczesny sposób chronić dziedzictwo kulturowe w wielokulturowym regionie?”. Już sam wybór tematu zasługuje na uznanie. Ratowanie materialnych świadectw przeszłości jest jednym z najważniejszych zadań stojących dziś przed górnośląskimi samorządami.
Wymowa kongresu okazała się jednak dla części jego uczestników zaskakująca. W dyskusji ważną rolę odegrali przedstawiciele polskiej inteligencji. Mówili oni o potrzebie budowania regionalnej tożsamości, uwzględniającej zarówno polską, jak i niemiecką perspektywę. Dziedzictwo traktowano przede wszystkim jako wspólny zasób wszystkich współczesnych mieszkańców regionu.
Sama obecność takiego sposobu myślenia nie powinna dziwić. Jest on ważny i ma mocne uzasadnienie. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zostaje przedstawiony jako dominujący wzór postępowania z niemiecką spuścizną Górnego Śląska.
Zabytek musi znaleźć swoich ludzi
Podczas kongresu wiele miejsca poświęcono praktycznym problemom ochrony zabytków: finansowaniu remontów, nieuregulowanym stosunkom własnościowym, pracy konserwatorskiej oraz angażowaniu mieszkańców.
Mówiono o tworzeniu ścieżek terenowych, publikacjach i komiksach historycznych, tablicach informacyjnych, porządkowaniu cmentarzy oraz przywracaniu nazwom ulic lokalnego charakteru. Wskazywano udane realizacje, między innymi ratowanie murów obronnych w Głogówku.
Powracała myśl, że same pieniądze nie wystarczą. Zabytek musi znaleźć swoich pasjonatów – ludzi, którzy się z nim utożsamiają, nadają mu sens i zabiegają o jego zachowanie. Ale zwracano też uwagę na pochopne rozbiórki. Wiele obiektów mogłoby przetrwać, gdyby zostały odpowiednio zabezpieczone i pozostawione do czasu znalezienia dla nich nowego przeznaczenia. Brak natychmiastowego pomysłu nie musi oznaczać wyroku. Czasami najlepszą formą ochrony jest cierpliwość.
Szczególnie mocno zabrzmiała wypowiedź Tomasza Kandziory, wójta Reńskiej Wsi. Nie mówił on o abstrakcyjnych modelach pamięci, lecz o konkretnych konfliktach, z którymi na co dzień musi mierzyć się samorządowiec.
Przypomniał upamiętnienie katastrofy kolejowej z 1939 roku, w której zginęli mieszkańcy Reńskiej Wsi i okolicznych miejscowości. Ponieważ w pociągu znajdowali się także żołnierze wracający z przepustki, organizatorom zarzucono czczenie nazistów.
Podobny problem pojawia się przy próbach przypominania historii twierdzy w Koźlu. Upamiętnienie jej obrony może zostać odebrane jako opowiedzenie się po stronie jednych, a opisanie ataku – jako gloryfikowanie drugich.
W pewnym momencie trzeba jednak przestać bać się każdej możliwej interpretacji. Wierności prawdzie historycznej nie można zastąpić nieustannym sprawdzaniem, czy ktoś nie poczuje się urażony samym faktem istnienia przeszłości.
Dr David Skrabania zwrócił uwagę, że pamięć zawsze jest wyborem. Podkreślał również znaczenie interaktywnych form opowiadania historii.
Fundamentalne pytanie
Wszystkie te wypowiedzi były potrzebne. Nie odpowiadały jednak na najważniejsze pytanie: czemu właściwie ma służyć ochrona niemieckiego dziedzictwa Górnego Śląska?
Czy ma ono umacniać odrębność miejscowej społeczności postpruskiej, której część określa się dziś jako mniejszość niemiecka? Czy przeciwnie – powinno stać się tworzywem nowej, wspólnej tożsamości regionalnej, w której różnice pomiędzy ludnością autochtoniczną i napływową stopniowo przestaną mieć znaczenie?
Oba rozwiązania można racjonalnie uzasadnić. Oba mogą odwoływać się do europejskości, otwartości i szacunku dla przeszłości. Prowadzą jednak w zupełnie innych kierunkach.
Model wrocławski
Od co najmniej dwóch dekad we Wrocławiu widoczna jest wyraźna tendencja do włączania niemieckiej przeszłości miasta do tożsamości jego współczesnych, polskich mieszkańców.
Dawne niemieckie kamienice, cmentarze, inskrypcje na murach, dzieła sztuki i opowieści przestają być śladami pozostawionymi przez obcych. Stają się częścią historii miejsca, w którym żyją kolejne pokolenia wrocławian.
Proces ten ma ogromną wartość. Przywraca miastu historyczną ciągłość, pozwala jego mieszkańcom poczuć się u siebie i uwalnia miejską przestrzeń od absurdalnego przekonania, że jej historia rozpoczęła się w 1945 roku. Niemiecki Breslau nie jest już traktowany wyłącznie jako miasto wymazane, lecz jako jedna z warstw współczesnego Wrocławia.
Przypomina to odkopywanie zatopionej Atlantydy. Spod powojennej narracji wyłania się świat, który przez dziesięciolecia miał pozostać obcy, przemilczany i niezrozumiały. Dziś staje się częścią miejscowej tożsamości.
Model wrocławski ze wszech miar zasługuje na wspieranie. Trzeba jednak pamiętać, że powstał w mieście, którego ludność po 1945 roku została niemal całkowicie wymieniona.
Model konsolidacyjny
Na Górnym Śląsku sytuacja jest inna. Nadal żyją tutaj potomkowie ludzi, którzy przedwojenne dziedzictwo regionu tworzyli. Współczesna społeczność postpruska może się więc odwoływać do tej tradycji jak do własnej. Dlatego możliwy jest tutaj model konsolidacyjny, w którym materialna i kulturowa spuścizna Górnego Śląska staje się podstawą odrębności, poczucia wartości i zakorzenienia autochtonicznej społeczności.
Model ten opiera się na uznaniu międzypokoleniowej ciągłości. Przodkowie tej społeczności budowali miejscowe pałace, fabryki, szkoły, szpitale i kościoły. Zakładali cmentarze, tworzyli lokalne instytucje i nadawali przestrzeni jej kulturowy kształt. Dziedzictwo to nie jest więc dla ich potomków jedynie interesującym śladem historii regionu, lecz własną, bezpośrednio odziedziczoną spuścizną.
Nie jest to prawo do wykluczania innych, lecz prawo spadkobierców do rozpoznania w pozostawionej spuściźnie własnej historii.
Wspólnota potrzebuje granic
Każda odrębna społeczność potrzebuje granic pozwalających jej odpowiedzieć na pytanie, kim jest. Nie muszą to być granice terytorialne ani bariery wymierzone przeciwko innym. Mogą je wyznaczać pamięć, rodzinne opowieści, własny kanon kultury oraz miejsca, w których wspólnota rozpoznaje samą siebie.
Społeczność postpruska nie ma już wielu tradycyjnych narzędzi służących zachowaniu odrębności. Granice językowe w dużej mierze uległy zatarciu. Różnica wyznaniowa praktycznie nie istnieje, ponieważ zarówno ludność autochtoniczna, jak i napływowa jest w znacznej części katolicka. Małżeństwa mieszane, migracje i naturalne procesy społeczne dodatkowo przyspieszają asymilację.
Tym większego znaczenia nabiera materialna i kulturowa spuścizna tej ziemi. Jej znakami są Łubowice, dawne rezydencje arystokratyczne, przemysłowe krajobrazy regionu i kozielskie fortyfikacje z basztą Montalemberta. Należą do niej także konkretne postacie: Joseph von Eichendorff, Gustav Freytag, Thomas Myrtek, Lucas Mrzyglod oraz inni twórcy wyrastający z niemieckiego Górnego Śląska.
Dopóki społeczność postpruska potrafi powiedzieć o tej spuściźnie „nasza”, dopóty posiada kulturowe oparcie dla swojej odrębności. Jeżeli natomiast to dziedzictwo od razu określone zostanie jako wspólne dziedzictwo wszystkich mieszkańców regionu, to znika jeden z ostatnich fundamentów odrębności społeczności autochtonicznej i mniejszości niemieckiej.
Pozostaje więc pytanie: W jaki sposób społeczność autochtoniczna ma postrzegać materialne dziedzictwo? Czy odrestaurowany pałac, cmentarz lub dawny obiekt przemysłowy ma pomagać społeczności postpruskiej w odzyskiwaniu własnej historii?
Czy ma być fundamentem do tworzenia własnej odrębnej tożsamości?
Czy raczej odwrotnie? Czy te artefakty mają przede wszystkim dostarczać paliwa do budowania wspólnej tożsamości wszystkich mieszkańców regionu?
Nie jest to różnica wyłącznie teoretyczna. Za każdym z tych rozwiązań kryje się inny projekt społeczny.
Cena integracji
Budowa wspólnej, otwartej i europejskiej tożsamości regionalnej może być atrakcyjną odpowiedzią na konflikty z przeszłości. Może sprzyjać integracji, osłabiać narodowe antagonizmy i sprawiać, że wszyscy mieszkańcy poczują się u siebie. Ma ta droga jednak swoją cenę.
Jej skutkiem będzie z dużym prawdopodobieństwem ostateczne rozmycie mniejszości niemieckiej jako odrębnego zjawiska kulturowego. Społeczność nie zniknie fizycznie. Może jednak utracić własną pamięć, własny kanon symboliczny i własną opowieść o regionie. Stanie się częścią szerszej wspólnoty regionalnej, która nadal będzie odwoływać się do niemieckiej przeszłości, ale nie będzie już wspólnotą niemiecką.
Wraz z tą odrębnością może zniknąć także szczególna nisza kulturowa, dająca członkom społeczności postpruskiej poczucie swojskości, ciągłości oraz przynależności do ludzi o podobnej wrażliwości i doświadczeniach rodzinnych. W świecie globalizacji takie zakorzenienie nabiera coraz większej wartości. Dla jej członków są to wciąż realne i ważne wartości, zasługujące na świadomą ochronę.
Polityczna ślepa uliczka?
Problem ma również wymiar polityczny. Śląscy Samorządowcy wyrośli organizacyjnie i personalnie ze środowiska mniejszości niemieckiej. W wyborach samorządowych zastąpili jej dotychczasowy szyld, otwierając swoje listy na kandydatów spoza tej społeczności. Obecnie zamierzają budować szerszą reprezentację regionalną.
Polityczną logikę tego działania łatwo zrozumieć. Szersza tożsamość oznacza potencjalnie większy elektorat. Pojawia się jednak niebezpieczeństwo, że wyborcy pozyskani dzięki regionalnej i proeuropejskiej formule równie łatwo odnajdą dla siebie inne liberalne ugrupowania.
Mniejszość niemiecka stanowiła dla tego projektu politycznego elektorat stosunkowo trwały, związany z nim nie tylko programem wyborczym, lecz także pochodzeniem, pamięcią rodzinną i poczuciem wspólnoty.
Jeżeli wspólnota ta zostanie skutecznie zasymilowana i zastąpiona słabiej zdefiniowaną społecznością regionalną, Śląscy Samorządowcy mogą utracić środowisko, w którym posiadają naturalną pozycję. W imię zdobywania szerszego elektoratu mogą więc osłabić podstawę własnej politycznej trwałości.
Oba cele mogą stać się przedmiotem publicznej dyskusji. Nie powinno się ich jednak ze sobą mylić, ani ukrywać ich konsekwencji za neutralnie brzmiącymi hasłami wielokulturowości, dialogu i wspólnego dziedzictwa.